Księga wspomnień

fot. Wojciech Woźniak

Księga wspomnień

  • Andrzeja znałem od najmłodszych lat i zawsze robił na mnie ogromne wrażenie jako człowiek i jako muzyk. Jego mistyczna osobowość niosła za sobą całą paletę skrajnych emocji, które wydobywał ze swojego instrumentu poprzez dźwięki. Mogło się to ludziom podobać lub nie, ale z pewnością było to w 100% szczere, Major nikogo nie udawał, bo nie musiał udawać, on po prostu taki był... Można było go lubić lub nienawidzieć, ale jego przekaz był zawsze szczery płynący prosto z serca. Jestem wdzięczny, że miałem okazję poznać tak wyjątkowego człowieka jakim był Andrzej.

    Jakub Kujawa

  • Kilka lat spędzonych wspólnie z Andrzejem w jego Asocjacji to trudna rzecz do opisania w paru zdaniach. Myślę, że powinny się tu znaleźć słowa PODRÓŻ i PRZYGODA. Andrzej zabierał nas w podróż po swojej krainie dźwięków, przesłuchanych płyt i przeczytanych książek. Jego niezwykłe spostrzeżenia, pamięć, łatwość, z jaką łączył fakty i szczerość urzekały, a sposób, w jaki dobierał słowa rozśmieszał nas do łez.
    Wspólny czas w drodze, na scenie i w studio to prawdziwa przygoda obfitująca w szereg niepowtarzalnych zdarzeń i dźwięków. Nie było nudy. Andrzej dodawał koloru do życia. Na scenie "nie brał jeńców". Zostawił po sobie dużo dobrych dźwięków. Żył po swojemu i miło spędzało się z nim czas.

    Grzegorz Daroń

  • Andrzeja Przybielskiego poznałem w 1989 roku na koncercie jego ówczesnej Asocjacji w Miejskim Ośrodku Kultury, którego siedziba mieściła się jeszcze w secesyjnych pomieszczeniach kamienicy na Starym Rynku. W towarzystwie Karola Szymanowskiego, Józefa Eliasza i Jędrzeja Kujawy jego muzyka wydała mi się interesująca, aczkolwiek chaotyczna. Nie rozumiałem jego instrumentalnych interwencji i byłem zaskoczony jego ekscentrycznymi zachowaniami. Od kolegów słyszałem tylko, że to ktoś ważny i nawet słynny, ale nie miałem bladego pojęcia, kim jest ten trębacz. Niespełna rok później zostałem zaproszony do tego zespołu. Dla mnie, wtedy muzyka o jazz rockowej proweniencji, pierwsze próby w tej formacji były szokiem. Przyzwyczajony do karkołomnych kompozycji Herdzina i Daronia, grając jednocześnie podówczas w grupie WEST znalazłem się w zupełnie innej, niepojętej dla mnie wtedy, muzycznej sytuacji. Oczekiwałem nut, tematów, porządku i planu. Zastałem ciszę i otoczonego kloszem odrębności mamroczącego coś pod nosem jegomościa z trąbką, który ni stąd, ni zowąd zarządził gromko: Gramy!

    Co gramy, z kim gramy, jak gramy? Jak to, gdzie temat, gdzie plan, gdzie nuty? Nie ma nic!

    Andrzej właśnie rozpoczął swoją opowieść długim piskliwym trylem i poszarpanymi frazami, pociągając za sobą akompaniament wibrafonu Karola Szymanowskiego. Grają. Nie wiem co mam robić, siedzę odrętwiały z basem i słucham, wciąż nie wiem. Jaka tonacja, jaki rytm, jaka forma? Nie wiem. Po chwili milkną. Andrzej odkłada trąbkę i starannie ją czyści, wyjmuje ustnik, czyści.

    Po dłuższej chwili mówi: Maluj muzykę, Bracie!

    Dla mnie te słowa były przełomem. Dowiedziałem się wtedy, że ja, jako muzyk nie mam nic do powiedzenia. Umiem odtworzyć, lepiej lub gorzej, zadany tekst, umiem zaimprowizować według określonych zasad w określonych akordach określoną melodię, ale jestem li tylko papugą powtarzającą cudze mądrości. Nie mam słów, wyrażeń, zdań, poglądów, nie umiem mówić. Przerażające odkrycie.

    W tamtym czasie Andrzej stał się dla mnie swoistym nauczycielem. Odkrył przede mną świat żywej kreacji. Otworzył furtkę prowadzącą do krainy wrażliwości i wspólnego słuchania, wzajemnej inspiracji i twórczej aktywności. Uświadomił mi, że muzyka nie zaczyna się i kończy na zapisanym tekście, nie jest zamknięta w pokrzywionym świecie graficznych znaków, ale rozpoczyna, kiedy strumień energii poszczególnych muzyków łączy się w jeden wielki słup ognia, falujący tysiącami przenikających się języków. Dał też przestrzeń i wolność, której nie znałem dotąd w muzyce. Dał czas.
    Andrzej był twórcą Asocjacji – własnego autorskiego zespołu. Graliśmy tam jego kompozycje, które przynosił w postaci tak zwanych kreseczek. Były to wyrwane z kartki pojedyncze pięciolinie ze szkicem melodii, które rozgrywaliśmy na różne sposoby. Czasem Andrzej próbował określić słowami instrumentalne zachowania:
    - Aleatoryczne wstążeczki na czynelach, a hi-hat taki stary Art Blakey.
    - Wszystko dzieje się w obszarze „Duża Woda”.
    - Linia basowa przenika kreseczkę taktową.
    Czasami ruchem i gestem. Słynna to już historia o dziesięciu małych chińczykach, którzy tak skaczą… Demonstrował mi to Andrzej podskakując na krześle dokładnie dziesięć razy, zapytany przeze mnie jak mam zagrać dziesięć całych nut połączonych ligaturą bez metrum i klucza.

    Major nie był jednak liderem w takim sensie, że opiekował się zespołem, troszczył o jego członków, czy parał się pracą menedżerską. Tym zajmowali się inni, zazwyczaj Karol. To raczej my musieliśmy się troszczyć o jego formę, zarówno fizyczną, jak i muzyczną, żeby koncert po prostu się odbył. Wszystkie sprawy organizacyjne leżały zawsze po naszej stronie, łącznie z fortelami chroniącymi formę Majora do koncertu.

    Andrzej był gwarantem przygód. Tak muzycznych, jak i pozamuzycznych. Każdy koncert, wyjazd, trasa obfitował w przeróżne, zabawne i mniej zabawne wydarzenia, które po dziś dzień krążą po środowisku w postaci anegdot. Sam je rozpowszechniałem z wielkim upodobaniem. Pięknie i lekko się je opowiada, nieco gorzej przeżywa w czasie rzeczywistym. Historie te są zabawne, ale też wykrzywiają prawdziwy obraz Andrzeja, rysując go jako zwariowanego i nieobliczalnego ekscentryka, którym zapewne był, ale nie pokazują go jako artysty, którym był w głównej mierze.

    Szanuję i cenię Andrzeja Przybielskiego przede wszystkim za jego indywidualny i oryginalny muzyczny język. Uzyskał coś, co moim zdaniem dla artysty jest najważniejsze: rozpoznawalność i niepowtarzalność. Andrzej nigdy nikogo nie udawał, nie naśladował. Przez długie lata, w poprzek modom i stylom, grał siebie, płacąc za to wysoką cenę, żyjąc na granicy egzystencji. Nie zabiegał też o popularność, ale inni zabiegali o jego udział w nagraniach. Wielu nagraniach. Mało kto z obecnie żyjących, jak i grających w orkiestrach niebiańskich polskich muzyków, może się poszczycić tak bogatą dyskografią. Na wszystkich tych płytach Major uczestniczy w cudzych projektach. Z Asocjacją, z którą grał przez 21 lat, w składzie z wibrafonem, basem i bębnami, nie udało się utrwalić studyjnego materiału. Jest jednak autorska płyta, zawierająca wyłącznie kompozycje Andrzeja, nagrana w studiu „Mózg“, która została wydana pośmiertnie ku jego pamięci. Album ten ukazał się dzięki staraniom bydgoskich przyjaciół Andrzeja Przybielskiego i został wydany przez Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy.

    Wczytując się w słowa wielu piszących o Andrzeju, po jego śmierci, czytam: wybitny, wielki, znakomity. Żadne z tych słów mi do niego nie pasuje. Andrzej był jedyny w swoim rodzaju.

    Prawdziwy!

    Grzegorz Nadolny

  • Andrzej Przybielski pierwszy raz dmuchał w ustnik, na obozie harcerskim w Tleniu w 1965 lub 1958 r., gdzie byłem tego świadkiem. Była to zwykła harcerska sygnałówka.

    Maciej Ch.

  • Kto Przybielskiego na co dzień słucha, temu nie straszna żadna kostucha :) !

    Monika Woźniak

  • Moje uznanie dla inicjatorów i wykonawców! To była uczta dla melomanów.

    Ferdynand Mikulewicz

  • Wizjoner który nie ulegał modzie.

    Grzegorz Płuciennik

  • Wspaniała, transcendentalna, euforyczna... twórczość Andrzeja.

    Grzegorz Ślinko

  • Pamiętam Andrzeja z klubu „Trytony” gdzie często przesiadywał milczący, czasami powiedział jakąś myśl głośno i milczał dalej. Dźwięki jego utworów które słyszałam , gdy sobie grał czasami w klubie dzisiaj ożyły.

    Grażyna Bułatek

  • Pamiętam Andrzeja z klubu „Trytony” gdzie często przesiadywał milczący, czasami powiedział jakąś myśl głośno i milczał dalej. Dźwięki jego utworów które słyszałam , gdy sobie grał czasami w klubie dzisiaj ożyły.

    Grażyna Bułatek

  • Transparent na zebraniu PSJ „Jestem z zioła i czy masz zioło”

    Krzysztof Rożnowski

  • Jedyne moje wspomnienie to dzisiejszy koncert. Był REWERLACYJNY.

    Tomasz Ratalski

  • „Kolego, a co to za trąbka?” Powiedział do mnie Andrzej po przespaniu koncertu Eljazz Big- Band w pierwszym rzędzie. :)

    Marek Szepański

  • „Biała” i „Czarna”- Płyty Niemena z 1971 roku z Helmutem Nadolskim, Józkiem Skrzekiem, Lakisem, Jurkiem Piotrowskim i oczywiście Czesławem Niemenem. Hymn grany przez „Majora” z wieży kościoła Klarysek.

    Jacek Głuszek

  • Kocham Andrzeja.

    P.Bas.

  • Rozedrgane dźwięki trąbki układające się w złote brzmienie. Tak zapamiętałam Andrzeja Przybielskiego z koncertu w „Węgliszku”.

    Mariola Staśkiewicz

  • Mile wspominam Andrzeja Przybielskiego słucham dużo jego kompozycji i mam go zawsze w sercu.

    Włodzimierz Szczepański

  • Wielka muzyka, najlepszy trębacz w Polsce, najlepsza płyta jazzowa „Peyotl”. Wielka szkoda żę odszedł.

    Tomasz Zabiełko

  • Jeśli można z życia uczynić sztukę Andrzej właśnie to zrobił. Jeśli można słowa zamienić na dźwięki i mówić, to Andrzejowi się udało.

    Marek Noniewicz

  • Nie znam, nie mam czasu, zarobiony jestem, ale muzyka genialna.

    Piotr Fortuna

  • Dziękuje Panu Andrzejowi za kilka wspaniałych płyt. Idealne do jazdy autem.

    Artur Szewczyk

  • Niesamowita muzyka, niesamowitych ludzi... Wspaniały koncert poruszający do głębi. Pozostawi niesamowite wrażenie na zawsze, jak Andrzej Przybielski.

    Renata Piątek

  • Bo trąbka bracie to piękny instrument...

    Wojciech Zieliński

  • Andrzeja poznałem tak szeroki krąg muzyków we wczesnym okresie, kiedy zaczął grać dixie- kanał w zespole radiowym B. Ciesielskiego. Znajomość nasza ograniczała się raczej do przypadkowych spotkań na ulicy . Rozmowy o muzyce i o wrażliwościach z nią związanych o jazzowej wypowiedzi poprzez instrument, mieszkaliśmy blisko Jana Cieszkowskiego, Andrzej na Savoyem. Do końca jego dni znaliśmy się.

    Konrad Kaczmarek

  • Geniusz, którego niestety tylko raz mogłem posłuchać na żywo. Oby więcej takich muzyków.

    Artur G.

  • Nie mam wspomnienia ale dzięki Panu Andrzejowi Przybielskiemu mam marzenia.

    Wiesława Zdanowska

  • Niezwykłe wyciszające brzmienie trąbki Andrzeja.

    T.A. Wieczorkiewiczowie

  • Andrzej... Ostatni bastion winylowego szumu prosto z Polski...

    Tomasz Sobierajski

  • Sześciu wspaniałych trębaczy, dziewięciu wyśmienitych artystów.

    Marek Wojtowicz

  • Wspomnienie o Andrzeju: Węgliszek, jam session, gra Andrzej i chłopaki z Akademii Muzycznej. W pewnych momentach Andrzej znika za fortepianem i chwilkę drzemie. Natomiast za każdym razem wraca do zespołu i w odpowiednim momencie gra swoje „kwestie”. Jest klimat.

    Justyna Jułga

  • Mijałem go setki razy na Gdańskiej, choć nie zamieniliśmy słowa. Krótka kurteczka, szalik wiązany pod szyją, czarny kapelusz. Nigdy nie widziałem żeby wysiadał z tramwaju, ani żeby wchodził do sklepu. Chyba nic nie jadł.

    Józef Herald

  • Zakochana... jak pierwszy raz.

    Dagmara Jasłonowska

  • Harmonia i ekspresja.

    Leszek Barkowiak

  • W latach '90 zacząłem odwiedzać bydgoski „Mózg”, na początku nielegalnie. Nie byłem wtedy pełnoletni. Na kanapie zawsze siedział poważny jegomość, zwykle sam. Bardzo mi przykro, że wtedy nie wiedziałem kim był. To był Andrzej Przybielski.

    Marcin

  • Moja ostatnio rozmowa z Andrzejem miała miejsce w ogródku „mózgowym” zorganizowanym wyjątkowo na Rybim Rynku. Siedzieliśmy wtedy ze Zbyszkiem i Krzychem Gruse. Andrzej nagle powiedział „Wiesz bracie, moja kobieta nie chce się ze mną kochać bez gumek. Mówię do niej że nie ma potrzeby, a ona nie; wiesz bracie co robić- trzeba było gumki nabyć.”

    Dorota Krupa

  • Sześćdziesiąte urodziny Andrzeja wyglądały tak, że jubilat leżał w łóżku, a właściwie na materacu na podłodze. Oglądał w telewizorze koncerty jazzowe. Nie ruszył się z łóżka ani na chwilę. Powiedział tylko do wchodzących gości „cześć, cześć”, po czym wskazał na monitor telewizora i już się więcej nie odzywał. Poczekaliśmy do końca jakiegoś koncertu.

    Dorota Krupa

  • Dziękuje za piękno, charakter, żyj wiecznie.

    Ryszard Sobczyk

  • Podczas koncertu Michała Urbaniaka w „Kuźni” ok. roku 1993 Andrzej Przybielski wysłuchał jego pierwszej części z muzyką typowo jazzową. Podczas drugiej części, gdy Michał Urbaniak zaczął grać jazz w połączeniu z rapem. A. Przybielski ostatecznie wstał i wyszedł z koncertu.

    Jacek Białowąs

  • Ekspresja!!!

    Ola Ratajczyk

  • Lubił, potrafił rozmawiać z każdym.

    K. Dębowski

  • Andrzej Przybielski to polski jazz, jego udział we wspólnym graniu ze Stańko, z bydgoskim Question Mark, spontaniczne Jam Session w „Trytonach”, w „Mózgu” i niezapomniany pogrzeb. Gdzie po raz ostatni dla mnie zabrzmiałą „jego” trąbka.

    Michał Skaweta

Podziel się swoimi wspomnieniami o Andrzeju Przybielskim.

Wypełnij poniższy formularz i prześlij.